Gdy zmrok zapada po godzinie 16.00, najwyższy czas, by zaopatrzyć się w lektury na jesienno-zimowe wieczory. Jest w czym wybierać, ponieważ w Polsce rocznie wydawanych jest ok 27 tys. książek – czyli więcej, niż ktokolwiek jest w stanie przeczytać w ciągu życia (o ile nie pochłania jednej pozycji dziennie już od wczesnego dzieciństwa). Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że taki wydawniczy wynik jest imponujący, jednak inne państwa europejskie, np. Wielka Brytania, Niemcy czy Hiszpania mogą pochwalić się znacznie większą liczbą nowości. Są to odpowiednio 184, 93 i 76 tysięcy. Oczywiście nie bez znaczenia jest tutaj liczba użytkowników języka, którym mówi się w danym kraju – prowadzenie Brytyjczyków nie powinno nikogo dziwić.
Poniżej trzy intrygujące propozycje.
Josef Škvorecký – Scherzo capriccioso. Wesoła fantazja na temat Dvořáka
Książka opowiada o najsłynniejszym czeskim kompozytorze – Antonínie Dvořáku i jego pobycie w Stanach Zjednoczonych. To tam skomponował swoją wspaniałą symfonię „Z nowego Świata”, którą po raz pierwszy zagrał w prestiżowym Carnegie Hall w 1893 roku. Josef Škvorecký był jednym z najbardziej znanych czeskich pisarzy. Napisał m. in. Przypadki inżyniera ludzkich dusz, Tchórzy, Batalion czołgów. Jego powieści były wielokrotnie ekranizowane.
Arnold Lobel – Wielbłądzica baletnica i inne bajki
Książeczka dla najmłodszych napisana przez mistrza dziecięcej literatury, a przetłumaczona przez Wojciecha Manna. Zawiera opowiadania o wielbłądzicy, hipopotamie, niedźwiedziu i innych zwierzątkach, które przeżywają pouczające, ciepłe i mądre przygody. Arnold Lobel znany jest z cyklu książeczek o Żabku i Ropuchu.
Henry James – Echo
Koniec wieku XIX. Zamożny Amerykanin wraz z dwiema córkami przyjeżdża do Paryża, by zakosztować europejskiego życia. Jedna z dziewcząt szybko znajduje dwóch wielbicieli, którzy będą musieli ze sobą rywalizować… Autor konstruuje lekką komedię, w której tle czai się satyra na snobistyczne europejskie społeczeństwo. Powieść ukazuje się w Polsce po raz pierwszy, po ponad 100 latach od publikacji w oryginale.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 19 listopada 2018
wtorek, 10 lipca 2018
Co z tym Salingerem?
Jerome David Salinger, autor kultowej powieści Buszujący w zbożu, przez ostatnie kilkadziesiąt lat życia nie opublikował ani jednego utworu. Zmarł w 2010 r. i wkrótce po jego śmierci pojawiły się plotki o planowanym wydaniu jego nieznanych powieści. Książki, nad którymi Salinger pracował przez większość swojego życia, miały ukazywać się w latach 2015-2020. Niestety brakuje oficjalnych informacji na ten temat.
Pisarz wychował się w zamożnej rodzinie, obracał w środowisku złotej amerykańskiej młodzieży i robił wszystko, co krytykował w swoich utworach. Publikacja pierwszych opowiadań nie była łatwa, szczególnie, że ojciec Salingera wolał widzieć go w roli swojego następcy w rodzinnym interesie – handlu żywnością. Po wydaniu swojej pierwszej i ostatniej powieści autor niespodziewanie zdobył sławę. Sławę, którą prędko znienawidził i po kilku latach na dobre odciął się od świata kamer, wywiadów, dziennikarzy i fanów. Salinger był mistrzem krótkiej formy literackiej, czemu dał wyraz w swoich świetnych zbiorach opowiadań. Ulubione tematy pisarza, takie jak religia, duchowość, filozofia, a także motyw genialnego dziecka, mają pojawić się również w jego nowych utworach. Powróci m. in. rodzina Glassów, znana już ze zbiorów Franny i Zooey czy też Dziewięciu opowiadań, a także Holden Caulfield – bohater Buszującego w zbożu. Jedna z powieści będzie odwoływała się do indyjskiej filozofii, która fascynowała Salingera.
Amerykański pisarz przez całe życie twardo stał na straży swojej prywatności, wzbudzając tym coraz większą ciekawość czytelników. W ciągu pięciu lat od jego śmierci ukazało się kilka biografii, w tym dwie po polsku. Fani Salingera muszą się nimi zadowolić, ponieważ na kolejne utwory wybitnego pisarza trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.
Pisarz wychował się w zamożnej rodzinie, obracał w środowisku złotej amerykańskiej młodzieży i robił wszystko, co krytykował w swoich utworach. Publikacja pierwszych opowiadań nie była łatwa, szczególnie, że ojciec Salingera wolał widzieć go w roli swojego następcy w rodzinnym interesie – handlu żywnością. Po wydaniu swojej pierwszej i ostatniej powieści autor niespodziewanie zdobył sławę. Sławę, którą prędko znienawidził i po kilku latach na dobre odciął się od świata kamer, wywiadów, dziennikarzy i fanów. Salinger był mistrzem krótkiej formy literackiej, czemu dał wyraz w swoich świetnych zbiorach opowiadań. Ulubione tematy pisarza, takie jak religia, duchowość, filozofia, a także motyw genialnego dziecka, mają pojawić się również w jego nowych utworach. Powróci m. in. rodzina Glassów, znana już ze zbiorów Franny i Zooey czy też Dziewięciu opowiadań, a także Holden Caulfield – bohater Buszującego w zbożu. Jedna z powieści będzie odwoływała się do indyjskiej filozofii, która fascynowała Salingera.
Amerykański pisarz przez całe życie twardo stał na straży swojej prywatności, wzbudzając tym coraz większą ciekawość czytelników. W ciągu pięciu lat od jego śmierci ukazało się kilka biografii, w tym dwie po polsku. Fani Salingera muszą się nimi zadowolić, ponieważ na kolejne utwory wybitnego pisarza trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.
czwartek, 31 maja 2018
„#WstydźSię!” – recenzja książki Jona Ronsona
Jon Ronson jest brytyjskim dziennikarzem i pisarzem, znanym m. in. ze zekranizowanej powieści „Człowiek, który gapił się na kozy”. Napisał również kilka książek popularnonaukowych. Jego najnowsza pozycja – „#WstydźSię!”, opowiada o uczuciu wstydu i tym, jak bardzo determinuje ono nasze życie.
Szczególną uwagę autor skupia na mediach społecznościowych, na łamach których codziennie dokonuje się publicznego zawstydzania wielu osób, często zupełnie niewinnych. Kiedyś publiczne zawstydzanie było jedną z kar stosowanych przez wymiar sprawiedliwości. Przestępcę zakuwało się w dyby na środku rynku i np. chłostało, a cała lokalna społeczność mogła sobie dokładnie zobaczyć, kto to taki i co przeskrobał. Ważne było to, że nieszczęśnikowi nie pozwalano zasłonić twarzy, a gawiedź mogła wyklinać go patrząc mu prosto w oczy. Brutalne? Oczywiście. Ale czy dzisiaj jest lepiej?
W mediach społecznościowych (Ronson skupiał się szczególnie na Twitterze) nie potrzeba wiele, by zostać zmieszanym z błotem. Zdarza się, że wystarczy tylko głupi żart. Amerykanka Justine Sacco podczas wyjazdu na wakacje zamieściła na Twitterze wpis, który brzmiał mniej więcej tak: „Jadę do Afryki. Mam nadzieję, że nie zachoruję na AIDS. Tylko żartowałam, jestem przecież biała”. Kobieta wsiadła do samolotu, którym leciała przez kilka godzin bez dostępu do internetu, a gdy wylądowała, jej wpis był wydarzeniem dnia w internecie i doszło nawet do tego, że ktoś czekał na nią na lotnisku, by zrobić jej zdjęcie i wrzucić je w paszcze zbulwersowanych internautów. Fala hejtu, jaka wylała się na Sacco, jest niewyobrażalna, szczególnie, że kobieta tylko głupio zażartowała. Oczywiście był w tym rasistowski podtekst, na który Amerykanie są przesadnie uczuleni, kobieta została więc obwołana rasistką, straciła pracę i nie mogła znaleźć nowej przez rok. Podobnych historii było więcej.
W swojej książce Ronson zastanawia się również nad zawstydzaniem w świecie pozainternetowym. Z badań więziennych psychologów wynika, że w zasadzie wszyscy brutalni oprawcy byli w przeszłości długotrwale zawstydzani, co skutkowało drastycznym obniżeniem własnej wartości i w efekcie popełnianiem zbrodni. Na celowniku brytyjskiego twórcy znaleźli się również koledzy po piórze, którzy pozwalali sobie na zafałszowania opisywanych historii. Niektórzy stracili wiarygodność u czytelników bezpowrotnie, innym udało się ją odzyskać. Tutaj też ujawniły się złowieszcze pomysły ludzi, którzy nie boją się zawstydzić innych. Jeden z pisarzy, wygłaszający na konferencji przeprosiny za to, czego się dopuścił (a było to tylko kilka podkolorowanych cytatów), musiał przemawiać przed wielkim ekranem, na którym na żywo wyświetlały się rekacje internautów na Twitterze – nietrudno się domyślić, że raczej niepochlebne. Nie chciałabym znaleźć się wtedy na jego miejscu.
Z książki Ronsona płynie jeden morał: nie należy pochopnie oceniać ludzi, a już na pewno nie przykładać ręki do ich publicznego potępiania, szczególnie, gdy nie zrobili nic złego. Każdy ma prawo popełnić głupi błąd i każdy może zostać za niego ukarany – często niewspółmiernie do winy. No i należy pamiętać o tym, by nie wypisywać w internecie głupot. Szczególnie po angielsku…
Szczególną uwagę autor skupia na mediach społecznościowych, na łamach których codziennie dokonuje się publicznego zawstydzania wielu osób, często zupełnie niewinnych. Kiedyś publiczne zawstydzanie było jedną z kar stosowanych przez wymiar sprawiedliwości. Przestępcę zakuwało się w dyby na środku rynku i np. chłostało, a cała lokalna społeczność mogła sobie dokładnie zobaczyć, kto to taki i co przeskrobał. Ważne było to, że nieszczęśnikowi nie pozwalano zasłonić twarzy, a gawiedź mogła wyklinać go patrząc mu prosto w oczy. Brutalne? Oczywiście. Ale czy dzisiaj jest lepiej?
W mediach społecznościowych (Ronson skupiał się szczególnie na Twitterze) nie potrzeba wiele, by zostać zmieszanym z błotem. Zdarza się, że wystarczy tylko głupi żart. Amerykanka Justine Sacco podczas wyjazdu na wakacje zamieściła na Twitterze wpis, który brzmiał mniej więcej tak: „Jadę do Afryki. Mam nadzieję, że nie zachoruję na AIDS. Tylko żartowałam, jestem przecież biała”. Kobieta wsiadła do samolotu, którym leciała przez kilka godzin bez dostępu do internetu, a gdy wylądowała, jej wpis był wydarzeniem dnia w internecie i doszło nawet do tego, że ktoś czekał na nią na lotnisku, by zrobić jej zdjęcie i wrzucić je w paszcze zbulwersowanych internautów. Fala hejtu, jaka wylała się na Sacco, jest niewyobrażalna, szczególnie, że kobieta tylko głupio zażartowała. Oczywiście był w tym rasistowski podtekst, na który Amerykanie są przesadnie uczuleni, kobieta została więc obwołana rasistką, straciła pracę i nie mogła znaleźć nowej przez rok. Podobnych historii było więcej.
W swojej książce Ronson zastanawia się również nad zawstydzaniem w świecie pozainternetowym. Z badań więziennych psychologów wynika, że w zasadzie wszyscy brutalni oprawcy byli w przeszłości długotrwale zawstydzani, co skutkowało drastycznym obniżeniem własnej wartości i w efekcie popełnianiem zbrodni. Na celowniku brytyjskiego twórcy znaleźli się również koledzy po piórze, którzy pozwalali sobie na zafałszowania opisywanych historii. Niektórzy stracili wiarygodność u czytelników bezpowrotnie, innym udało się ją odzyskać. Tutaj też ujawniły się złowieszcze pomysły ludzi, którzy nie boją się zawstydzić innych. Jeden z pisarzy, wygłaszający na konferencji przeprosiny za to, czego się dopuścił (a było to tylko kilka podkolorowanych cytatów), musiał przemawiać przed wielkim ekranem, na którym na żywo wyświetlały się rekacje internautów na Twitterze – nietrudno się domyślić, że raczej niepochlebne. Nie chciałabym znaleźć się wtedy na jego miejscu.
Z książki Ronsona płynie jeden morał: nie należy pochopnie oceniać ludzi, a już na pewno nie przykładać ręki do ich publicznego potępiania, szczególnie, gdy nie zrobili nic złego. Każdy ma prawo popełnić głupi błąd i każdy może zostać za niego ukarany – często niewspółmiernie do winy. No i należy pamiętać o tym, by nie wypisywać w internecie głupot. Szczególnie po angielsku…
wtorek, 29 maja 2018
Serial „Władca Pierścieni” – czy to dobry pomysł?
Artykuł został napisany 16 listopada 2017, pochodzi ze starszej wersji bloga "Nowoczesna Rodzina"
W ciągu ostatnich dwóch dni cała sieć – a przynajmniej jej kulturalna część – aż huczy od wieści, że wkrótce powstanie serial na podstawie „Władcy Pierścieni”. Prawa do nowej adaptacji wykupił Amazon, który otworzył rynek dla Polski już prawie rok temu. Jak jednak widać, jeśli ktoś ma pieniądze, to może pozwolić sobie na wszystko – nawet na przekonanie opornych spadkobierców Tolkiena do sprzedania praw do ekranizacji jednej z najbardziej znanych powieści wszechczasów.
Jakiś mały wpływ może mieć na to kwota, którą spadkobiercy otrzymali – bagatelka – 250 milionów dolarów. Czy Tolkien w ogóle pomyślałby o takiej kasie?! Chyba nie, jednak przypadkiem stał się bardzo troskliwym ojcem i dziadkiem. Jego potomkom z pewnością niczego w życiu nie braknie.
Druga elektryzująca wieść z tolkienowskiego świata jest taka, że Christopher Tolkien, syn pisarza, a także redaktor wielu z jego dzieł, odchodzi z organizacji Tolkien Estate, na której czele stał długie lata. Christopher jest znany z niechętnego stosunku do ekranizacji spuścizny Tolkiena i dużej dbałości o jakość pracy, która już zawsze będzie z jego ojcem kojarzona. Nie był zadowolony z kinowej adaptacji Petera Jacksona, która była – jego zdaniem – zbyt patetyczna. Zarzut wydaje się dość dziwny, bo sam Tolkien w swojej twórczości bynajmniej od patosu nie stronił. Być może Christopher uznał jednak, że taka stylistyka jest już nieco przebrzmiała i oczekiwał bardziej nowoczesnego odczytania powieści. Zdecydował się również na przekazanie praw do ekranizacji „Hobbita”, co skończyło się wielkim rozczarowaniem ze strony fanów. O ile „Władca…” powszechnie uznawany jest za filmowe arcydzieło, o tyle „Hobbit” niestety już nie. Krótka powieść rozciągnięta sztucznie na trzy części, naładowana kiepskiej jakości efektami specjalnymi i dobita scenariuszem, w którym pojawia się choćby Legolas (plus wątek jego niezrealizowanej miłości do pięknej elfki), nie poruszyła serc ani umysłów kinomanów. Może jedynie ich portfele, ale też nie przesadnie, bo pewnie zbyt wiele osób na DVD się nie skusiło. Koniec końców ostatnie filmowe związki ze Śródziemiem trzeba uznać za średnio udane. Czy teraz się to zmieni?
Akcja nowego „Władcy” ma rozgrywać się przed wydarzeniami z książki, ale nie będzie obejmowała wydarzeń z „Silmarillionu”, którego Christopher bronił jak lew przed propozycjami adaptacji pojawiającymi się z różnych stron. Chodzą słuchy, że w związku z rezygnacją syna pisarza polityka Tolkien Estate może się zmienić i już wkrótce zobaczymy na ekranach także inne dzieła brytyjskiego mistrza fantastyki. Szansę na zaistnienie na wielkim ekranie mają mniej popularne historie, np. o Tomie Bombadilu czy też wydana w tym roku jako oddzielna książka opowieść o Beren i Lúthien.
Fabuła serialu jest póki co zagadkowa, a fani prześcigają się w spekulacjach na jej temat, wyrażając przy okazji swoje życzenia. Komentarzy udzielają również aktorzy z ekranizacji Jacksona. John Rhys-Davies, filmowy Gimli, skrytykował pomysł i uznał, że Amazonowi zależy tylko na pieniądzach. Cóż, na nich na pewno, jednak ma to też swoją dobrą stronę. Jeśli wydali już taką sumę na prawa do adaptacji, być może nie będą żałowali pieniędzy na dobry scenariusz, solidnych aktorów i porządne efekty specjalne, które są jednak w fantasy ważne. Z kolei Sean Astin (Sam Gamgee) uważa, że pomysł na serial jest dobry i twierdzi, że przewidywał jego powstanie już kilka lat temu.
Nie wiadomo jeszcze, kiedy mają zacząć się zdjęcia ani kto jest przewidywany na odtwórców głównych ról. Te wiadomości z pewnością zelektryzują społeczność fanów Tolkiena jeszcze bardziej. Czy ktoś jest w stanie równie dobrze odtworzyć dzielnego Aragorna, mądrego Gandalfa, odważną Eowinę, no i oczywiście przebiegłego Sarumana? Przekonamy się pewnie za kilka lat. A sam pomysł na serial jest, moim zdaniem, jak najbardziej trafiony!
Jakiś mały wpływ może mieć na to kwota, którą spadkobiercy otrzymali – bagatelka – 250 milionów dolarów. Czy Tolkien w ogóle pomyślałby o takiej kasie?! Chyba nie, jednak przypadkiem stał się bardzo troskliwym ojcem i dziadkiem. Jego potomkom z pewnością niczego w życiu nie braknie.
Druga elektryzująca wieść z tolkienowskiego świata jest taka, że Christopher Tolkien, syn pisarza, a także redaktor wielu z jego dzieł, odchodzi z organizacji Tolkien Estate, na której czele stał długie lata. Christopher jest znany z niechętnego stosunku do ekranizacji spuścizny Tolkiena i dużej dbałości o jakość pracy, która już zawsze będzie z jego ojcem kojarzona. Nie był zadowolony z kinowej adaptacji Petera Jacksona, która była – jego zdaniem – zbyt patetyczna. Zarzut wydaje się dość dziwny, bo sam Tolkien w swojej twórczości bynajmniej od patosu nie stronił. Być może Christopher uznał jednak, że taka stylistyka jest już nieco przebrzmiała i oczekiwał bardziej nowoczesnego odczytania powieści. Zdecydował się również na przekazanie praw do ekranizacji „Hobbita”, co skończyło się wielkim rozczarowaniem ze strony fanów. O ile „Władca…” powszechnie uznawany jest za filmowe arcydzieło, o tyle „Hobbit” niestety już nie. Krótka powieść rozciągnięta sztucznie na trzy części, naładowana kiepskiej jakości efektami specjalnymi i dobita scenariuszem, w którym pojawia się choćby Legolas (plus wątek jego niezrealizowanej miłości do pięknej elfki), nie poruszyła serc ani umysłów kinomanów. Może jedynie ich portfele, ale też nie przesadnie, bo pewnie zbyt wiele osób na DVD się nie skusiło. Koniec końców ostatnie filmowe związki ze Śródziemiem trzeba uznać za średnio udane. Czy teraz się to zmieni?
Akcja nowego „Władcy” ma rozgrywać się przed wydarzeniami z książki, ale nie będzie obejmowała wydarzeń z „Silmarillionu”, którego Christopher bronił jak lew przed propozycjami adaptacji pojawiającymi się z różnych stron. Chodzą słuchy, że w związku z rezygnacją syna pisarza polityka Tolkien Estate może się zmienić i już wkrótce zobaczymy na ekranach także inne dzieła brytyjskiego mistrza fantastyki. Szansę na zaistnienie na wielkim ekranie mają mniej popularne historie, np. o Tomie Bombadilu czy też wydana w tym roku jako oddzielna książka opowieść o Beren i Lúthien.
Fabuła serialu jest póki co zagadkowa, a fani prześcigają się w spekulacjach na jej temat, wyrażając przy okazji swoje życzenia. Komentarzy udzielają również aktorzy z ekranizacji Jacksona. John Rhys-Davies, filmowy Gimli, skrytykował pomysł i uznał, że Amazonowi zależy tylko na pieniądzach. Cóż, na nich na pewno, jednak ma to też swoją dobrą stronę. Jeśli wydali już taką sumę na prawa do adaptacji, być może nie będą żałowali pieniędzy na dobry scenariusz, solidnych aktorów i porządne efekty specjalne, które są jednak w fantasy ważne. Z kolei Sean Astin (Sam Gamgee) uważa, że pomysł na serial jest dobry i twierdzi, że przewidywał jego powstanie już kilka lat temu.
Nie wiadomo jeszcze, kiedy mają zacząć się zdjęcia ani kto jest przewidywany na odtwórców głównych ról. Te wiadomości z pewnością zelektryzują społeczność fanów Tolkiena jeszcze bardziej. Czy ktoś jest w stanie równie dobrze odtworzyć dzielnego Aragorna, mądrego Gandalfa, odważną Eowinę, no i oczywiście przebiegłego Sarumana? Przekonamy się pewnie za kilka lat. A sam pomysł na serial jest, moim zdaniem, jak najbardziej trafiony!
poniedziałek, 9 kwietnia 2018
Wydawnictwo podziemne.
„Punkt Lagrange’a” Jacka Szczyrby to powieść polityczno-sensacyjna, rozgrywająca się na tle ostatniego dwudziestopięciolecia. Na jej kolejnych stronach, przewijają się różnorodne, barwne postacie.
Poprzez pogmatwane zaułki dynamicznej akcji, niczym mantra przewija się nachalne, choć i dziwnie nieirytujące pytanie, skierowane jakby wprost, bezpośrednio w stronę czytelnika: dlaczego świat jaki oglądasz przez szklaną szybę telewizora tak mało przypomina świat za oknem? Dlaczego to co takie ładne i kolorowe tak czasem wiele traci przy bliższym kontakcie? Czy to Cię nie zastanawia?
Autor: Jacek Szczyrba
Tytuł: Punkt Lagrange’a
Wydawca: Wydawnictwo Podziemne
Ilość stron: 284
Oprawa: miękka
Wymiar: 148 x 210 mm
ISBN: 978-83-944722-1-4
„1946”, to powieść historyczna, która opowiada, jak to często z historią bywa, o praprzyczynach tego co jest. Występują w powieści osobistości powszechnie znane i postacie fikcyjne; występują żołnierze niezłomni i ich wrogowie, a także ci, którzy nie potrafili decydować o własnym losie czyli zwykli śmiertelnicy, jak my wszyscy. Magiczna Odyseja głównego bohatera wiedzie go przez krajobraz podbitej przez bolszewików Polski
Autor: H
Tytuł: 1946
Wydawca: Wydawnictwo Podziemne
Ilość stron: 252
Oprawa: miękka, tłoczona
Wymiar: 148 x 210 mm
ISBN: 978-83-944722-0-7
Zdjęcia pochodzą z księgarni MINERWA
niedziela, 8 kwietnia 2018
Ciekawe książki na wiosnę
Na szczęście tegoroczna zima odeszła wreszcie do historii, więc już niedługo będzie można rozkoszować się słońcem i piękną pogodą. Miłośnicy literatury mogą zmienić gruby koc i kubek gorącej herbaty na ławkę w parku i okulary przeciwsłoneczne. Lubicie czytać na zewnątrz, czy może przeszkadzają Wam hałasy, owady i inne niedogodności? Dajcie znać w komentarzach. A tymczasem – propozycje lektur na wiosnę!
Józef Hen – „Mój przyjaciel król. Opowieść o Stanisławie Auguście”
Wznowienie powieści opowiadającej o życiu ostatniego polskiego króla pióra wybitnego pisarza Józefa Hena. Stanisław August przedstawiony jest tutaj w nieco innym świetle, niż zwykło się o nim mówić: nie jako miękki i pozbawiony talentu do władania krajem człowiek, ale jako postać z określonymi zamierzeniami, programem, którego realizację utrudnia mu magnateria. Ten ciekawy i nieoczywisty portret osadzony jest mocno w realiach historycznych, choć nie brakuje tutaj także szczypty fantazji.
David Foster Wallace – „Niepamięć”
Pozycja dla miłośników krótkiej formy literackiej. David Foster Wallace to amerykański, nieżyjący już pisarz, który pomimo dość skąpego dorobku literackiego zdobył wielkie uznanie na świecie. Na język polski zostały przetłumaczone dwie jego książki (opowiadania i zbiór esejów), a teraz na rynek wchodzi trzecia. Opowiadania Wallace’a koncentrują się na jednostkowych bohaterach: nauczycielu, uczniu, dziennikarzu, specjaliście od reklamy czy… samobójcy. Autor konstruuje bogate portrety psychologiczne postaci.
Lutz Seiler – „Kruso”
Debiutancka powieść niemieckiego poety, która szybko zyskała status kultowej, a prawa do tłumaczenia sprzedały się w ponad 20 krajach. Główny bohater trafia na bałtycką wyspę Hiddensee, zlokalizowaną na uboczu Europy, w nieco innym świecie. Poznaje tytułowego Kruso, który jest lokalnym guru społeczności pracowników sezonowych, którzy przybywają na wyspę, by uciec przed dotychczasowym życiem. Czy obietnice o zyskaniu
Peter Wohlleben – „Duchowe życie zwierząt”
Autor bestsellerowego „Sekretnego życia drzew” powraca z opowieścią o istotach, które są nam jeszcze bliższe. Autor, korzystając z najnowszych badań, a także własnych obserwacji pokazuje, że życie zwierząt i ludzi wbrew pozorom tak bardzo się od siebie nie różni. Czy odczuwanie emocji jest dla zwierząt czymś oczywistym? Jak daleko postępuje ich świadomość i uczuciowe zaangażowanie? Wohlleben udziela odpowiedzi na te i wiele innych pytań.
I na koniec coś dla fanów Harry’ego Pottera. Trzy książeczki J. K. Rowling – „Baśnie Barda Beedle’a”, „Quidditch przez wieki” oraz „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, uzupełniające główną serię, zostaną po raz kolejny wydane po polsku (premiera 15 marca). Poprzednie wydania z 2002 r. i 2008 r. dawno się wyprzedały. Jeśli nie udało Wam się ich jeszcze przeczytać, teraz macie okazję!
Źródła obrazków: światksiążki.pl
Józef Hen – „Mój przyjaciel król. Opowieść o Stanisławie Auguście”
Wznowienie powieści opowiadającej o życiu ostatniego polskiego króla pióra wybitnego pisarza Józefa Hena. Stanisław August przedstawiony jest tutaj w nieco innym świetle, niż zwykło się o nim mówić: nie jako miękki i pozbawiony talentu do władania krajem człowiek, ale jako postać z określonymi zamierzeniami, programem, którego realizację utrudnia mu magnateria. Ten ciekawy i nieoczywisty portret osadzony jest mocno w realiach historycznych, choć nie brakuje tutaj także szczypty fantazji.
David Foster Wallace – „Niepamięć”
Pozycja dla miłośników krótkiej formy literackiej. David Foster Wallace to amerykański, nieżyjący już pisarz, który pomimo dość skąpego dorobku literackiego zdobył wielkie uznanie na świecie. Na język polski zostały przetłumaczone dwie jego książki (opowiadania i zbiór esejów), a teraz na rynek wchodzi trzecia. Opowiadania Wallace’a koncentrują się na jednostkowych bohaterach: nauczycielu, uczniu, dziennikarzu, specjaliście od reklamy czy… samobójcy. Autor konstruuje bogate portrety psychologiczne postaci.
Lutz Seiler – „Kruso”
Debiutancka powieść niemieckiego poety, która szybko zyskała status kultowej, a prawa do tłumaczenia sprzedały się w ponad 20 krajach. Główny bohater trafia na bałtycką wyspę Hiddensee, zlokalizowaną na uboczu Europy, w nieco innym świecie. Poznaje tytułowego Kruso, który jest lokalnym guru społeczności pracowników sezonowych, którzy przybywają na wyspę, by uciec przed dotychczasowym życiem. Czy obietnice o zyskaniu
Peter Wohlleben – „Duchowe życie zwierząt”
Autor bestsellerowego „Sekretnego życia drzew” powraca z opowieścią o istotach, które są nam jeszcze bliższe. Autor, korzystając z najnowszych badań, a także własnych obserwacji pokazuje, że życie zwierząt i ludzi wbrew pozorom tak bardzo się od siebie nie różni. Czy odczuwanie emocji jest dla zwierząt czymś oczywistym? Jak daleko postępuje ich świadomość i uczuciowe zaangażowanie? Wohlleben udziela odpowiedzi na te i wiele innych pytań.
I na koniec coś dla fanów Harry’ego Pottera. Trzy książeczki J. K. Rowling – „Baśnie Barda Beedle’a”, „Quidditch przez wieki” oraz „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, uzupełniające główną serię, zostaną po raz kolejny wydane po polsku (premiera 15 marca). Poprzednie wydania z 2002 r. i 2008 r. dawno się wyprzedały. Jeśli nie udało Wam się ich jeszcze przeczytać, teraz macie okazję!
Źródła obrazków: światksiążki.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
Stawianie doniczek na parapecie? Nuda! Jest mnóstwo ciekawszych sposobów, na wyeksponowanie swoich domowych roślin. Niektóre bywają bardzi...
-
Od polskiego przedstawiciela firmy Sotin otrzymaliśmy do przetestowania płyn do mycia łazienki. Testowałam go razem z dwiema koleżan...
-
Składniki: 2 szklanki przecieru truskawkowego 1 szklanka śmietany 30 % 3 serki waniliowe, homogenizowane 2 łyżki żelatyny 2 galaretki t...








